Antarktyda nagle zyskała 695 miliardów ton lodu. Naukowcy odkryli, co naprawdę się wydarzyło
Nauka

Antarktyda nagle zyskała 695 miliardów ton lodu. Naukowcy odkryli, co naprawdę się wydarzyło

Aktualizacja 28 sierpnia 2026

Przez większość ostatnich dekad historia antarktycznego lądolodu była dość jednoznaczna: kontynent tracił masę, a woda pochodząca z lodu spoczywającego wcześniej na lądzie trafiała do oceanów. Szczególnie szybko zmiany postępowały w Antarktydzie Zachodniej, gdzie cieplejsza woda oceaniczna dociera pod szelfy lodowe, osłabia je od spodu i ułatwia szybszy spływ lodowców w kierunku morza. Tym większe było zaskoczenie, gdy na początku obecnej dekady pomiary satelitarne pokazały coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak odwrócenie tego procesu.

Między lipcem 2021 a kwietniem 2023 roku masa antarktycznego lądolodu wzrosła o około 695 miliardów ton. Był to największy 22-miesięczny przyrost zarejestrowany w ponad dwudziestoletniej serii pomiarów satelitarnych GRACE i GRACE-FO. Wykres, który wcześniej przez lata wskazywał systematyczny ubytek masy, nagle wyraźnie skręcił w drugą stronę.

Informacja brzmiała sensacyjnie. Skoro słyszymy od lat o topnieniu Antarktydy, jak to możliwe, że kontynent nagle zyskał setki miliardów ton? Czy proces utraty lodu został zahamowany? A może wcześniejsze prognozy dotyczące zmian klimatu i wzrostu poziomu mórz były błędne?

Badanie opublikowane w sierpniu 2026 roku w czasopiśmie Nature daje na to znacznie ciekawszą odpowiedź niż proste „Antarktyda zaczęła się odbudowywać”. Naukowcy wykazali, że za niezwykłym wzrostem masy stał potężny, lecz prawdopodobnie przejściowy mechanizm atmosferyczny, którego początek znajdował się tysiące kilometrów od Antarktydy – nad niezwykle ciepłymi wodami tropikalnego Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego.

Antarktyda przez lata traciła około 140 miliardów ton rocznie

Aby zrozumieć skalę wydarzenia z lat 2021–2023, trzeba spojrzeć na dłuższy okres. Według danych z misji GRACE i GRACE-FO w latach 2003–2024 antarktyczny lądolód tracił średnio około 140,5 miliarda ton masy rocznie. Nie oznacza to jednak, że cały kontynent zachowywał się jednakowo.

Największe i najbardziej trwałe straty występowały w Antarktydzie Zachodniej. W latach 1992–2020 region ten tracił średnio około 82 miliardów ton rocznie. Kluczową rolę odgrywa tam ocean. Cieplejsze masy wody mogą docierać pod pływające szelfy lodowe i topić je od spodu. Szelf sam w sobie już znajduje się na wodzie, więc jego topnienie nie podnosi bezpośrednio poziomu oceanu w taki sposób jak lód lądowy. Pełni jednak funkcję gigantycznego hamulca dla lodowców znajdujących się za nim. Kiedy szelf staje się cieńszy i słabszy, lód z głębi kontynentu może szybciej spływać do morza.

Antarktyda Wschodnia jest inna. To olbrzymi obszar zawierający blisko 80 procent całego ziemskiego lodu znajdującego się na lądzie. Jej bilans masy jest znacznie bardziej wrażliwy na ilość opadów. Jeżeli przez kilka lat spada tam wyjątkowo dużo śniegu, efekt może być tak duży, że jest w stanie częściowo lub nawet całkowicie zrównoważyć straty lodu zachodzące gdzie indziej.

I właśnie coś takiego wydarzyło się na początku lat 20. XXI wieku.

695 miliardów ton – ale nie dlatego, że lodowce przestały się topić

Najbardziej niezwykłe było to, że wzrost masy nie rozłożył się równomiernie na całej Antarktydzie. Około 470,3 miliarda ton, czyli blisko 68 procent całego przyrostu, przypadło na jeden sektor Antarktydy Wschodniej obejmujący Ziemię Królowej Marii i Ziemię Wilkesa.

Właśnie ten szczegół pozwala właściwie zrozumieć całe zjawisko. Antarktyda nie zaczęła nagle „zamarzać mocniej”, a przyczyny utraty lodu w jej zachodniej części nie zniknęły. W wielu regionach lód nadal był tracony. Zmieniło się natomiast to, ile śniegu spadało na powierzchnię wschodniej części kontynentu.

Opadów było tak dużo, że ogromna ilość nowej masy zgromadzonej na powierzchni przez kilkanaście miesięcy przeważyła nad ubytkiem obserwowanym w innych regionach. Innymi słowy, w jednym miejscu Antarktyda nadal traciła lód, ale w innym została zasypana tak ogromną ilością śniegu, że bilans całego kontynentu chwilowo przesunął się w kierunku wzrostu.

To rozróżnienie jest kluczowe. Gdy czytamy, że „Antarktyda zyskała 695 miliardów ton lodu”, łatwo wyobrazić sobie cofające się topnienie i odbudowujące się lodowce. W rzeczywistości obserwowany skok był przede wszystkim efektem wyjątkowo wysokiego bilansu masy powierzchniowej, czyli różnicy pomiędzy tym, co spada na lądolód głównie w postaci śniegu, a tym, co jest z jego powierzchni tracone.

Jak w ogóle można zważyć Antarktydę?

Nie da się oczywiście postawić kontynentu na wadze. Naukowcy wykorzystują jednak coś znacznie ciekawszego – grawitację.

Satelity GRACE, a później GRACE Follow-On, zostały zaprojektowane tak, aby wykrywać niezwykle subtelne zmiany ziemskiego pola grawitacyjnego. Gdy satelity przelatują nad obszarem, w którym nagle przybyło ogromnie dużo masy, ich ruch minimalnie się zmienia. Analizując takie odchylenia, można określić, czy w danym regionie przybywa lub ubywa wody, lodu albo innych dużych mas.

Dzięki tej metodzie z orbity można obserwować utratę lodu Grenlandii i Antarktydy, zmiany zasobów wód podziemnych, skutki wielkich susz, a nawet przemieszczanie się gigantycznych ilości wody pomiędzy poszczególnymi częściami planety.

W przypadku Antarktydy sygnał był wyjątkowo mocny. Między lipcem 2021 a kwietniem 2023 roku satelity wykryły około 695 gigaton dodatkowej masy. Jedna gigatona to miliard ton, mówimy więc o około 695 000 000 000 ton.

Pytanie brzmiało już nie „czy coś się wydarzyło?”, ale „dlaczego wydarzyło się właśnie wtedy i właśnie w tej części Antarktydy?”.

Odpowiedź znaleziono tysiące kilometrów dalej

Badacze przeanalizowali rozkład opadów, temperatury powierzchni oceanów, cyrkulację atmosferyczną, aktywność atmosferycznych rzek oraz wyniki modeli klimatycznych. W danych zaczął pojawiać się wyraźny ślad prowadzący bardzo daleko od bieguna południowego.

Kluczowy okazał się tropikalny ciepły basen oceaniczny, czyli rozległy obszar obejmujący zachodni tropikalny Pacyfik i część wschodniego Oceanu Indyjskiego. Wody powierzchniowe są tam niezwykle ciepłe – w wielu miejscach przez znaczną część roku przekraczają 28°C. Jest to jeden z najważniejszych energetycznych silników ziemskiego systemu pogodowego.

Ciepły ocean intensywnie oddaje energię i parę wodną do atmosfery. Powstają potężne systemy konwekcyjne, zmienia się rozkład ciśnienia i ruch powietrza na dużych wysokościach. Takie zaburzenia nie pozostają zamknięte nad tropikami. Atmosfera potrafi przekazać ich wpływ na odległość wielu tysięcy kilometrów.

W latach 2021–2023 tropikalny ciepły basen pozostawał niezwykle długo cieplejszy niż przeciętnie w porównaniu z poprzednimi dwiema dekadami. Autorzy badania wykazali, że właśnie to długotrwałe ogrzanie odegrało kluczową rolę w uruchomieniu całego ciągu zdarzeń prowadzącego ostatecznie do rekordowych opadów śniegu nad Antarktydą Wschodnią.

Fale, których nie widzimy, mogą oplatać pół planety

Mechanizm jest fascynujący, ponieważ pokazuje, jak bardzo odległe regiony Ziemi są ze sobą połączone. Ogrzany ocean wpłynął na atmosferę nad tropikami, a powstałe zaburzenie zaczęło rozchodzić się na południe poprzez tak zwany ciąg fal Rossby’ego.

Fale Rossby’ego nie są falami podobnymi do tych, które widzimy nad morzem. Są gigantycznymi meandrami w przepływie atmosfery, związanymi między innymi z ruchem obrotowym Ziemi i różnicami temperatur pomiędzy równikiem a biegunami. Mogą rozciągać się na tysiące kilometrów i przenosić wpływ anomalii pogodowych z jednego regionu planety do drugiego.

W tym przypadku sygnał pochodzący z tropikalnego ciepłego basenu dotarł aż do Antarktydy Wschodniej. Nad jej częścią utworzyła się nietypowa anomalia wysokiego ciśnienia. To z kolei zmieniło kierunek i intensywność przepływu powietrza wokół kontynentu.

Rezultatem był znacznie skuteczniejszy transport wilgoci w stronę Ziemi Królowej Marii i Ziemi Wilkesa.

Co ciekawe, nie oznacza to, że woda, która spadła później na Antarktydę jako śnieg, odbyła całą podróż bezpośrednio z tropikalnego Pacyfiku. Tropikalne oceany były raczej zapalnikiem uruchamiającym mechanizm. Główne źródło dodatkowej wilgoci znajdowało się znacznie bliżej – przede wszystkim nad średnimi szerokościami geograficznymi Oceanu Indyjskiego.

Można więc powiedzieć, że tropiki nacisnęły przełącznik, atmosfera przebudowała swój układ, a następnie potężny transport wilgotnego powietrza znad Oceanu Indyjskiego skierował wodę w stronę lodowego kontynentu.

Do Antarktydy płynęły „rzeki” unoszące się w atmosferze

W całym mechanizmie ważną rolę odgrywały także atmosferyczne rzeki. Nazwa brzmi niemal metaforycznie, ale opisuje bardzo konkretne zjawisko: długie i stosunkowo wąskie pasma wyjątkowo wilgotnego powietrza, które potrafią przemieszczać nad planetą ogromne ilości pary wodnej.

Atmosferyczna rzeka może mieć tysiące kilometrów długości. Kiedy dociera nad ląd lub góry, wilgotne powietrze unosi się, ochładza i oddaje wodę w postaci intensywnych opadów. W cieplejszych regionach kończy się to często ulewnym deszczem. Nad Antarktydą – śniegiem.

W normalnych warunkach wnętrze Antarktydy jest w gruncie rzeczy pustynią. Jest niezwykle zimne, ale jednocześnie bardzo suche. Ogromne ilości lodu zgromadzone na kontynencie nie są wynikiem gigantycznych corocznych śnieżyc, lecz tysięcy lat powolnej akumulacji śniegu, który w niskiej temperaturze praktycznie nie topnieje.

Dlatego seria wyjątkowo wilgotnych epizodów może mieć ogromny wpływ na bilans masy lądolodu. Jeżeli przez kilkanaście miesięcy kolejne układy atmosferyczne transportują nad ten sam region znacznie więcej wilgoci niż zwykle, z czasem zaczynamy mówić już nie o lokalnej anomalii pogodowej, ale o setkach miliardów ton dodatkowej masy.

Naukowcy odtworzyli drogę wilgoci

Jednym z najmocniejszych elementów badania było połączenie wielu niezależnych źródeł informacji. Pomiary grawitacyjne z satelitów pokazały zmianę masy. Reanalizy atmosferyczne wskazały wyjątkowe opady. Modele powierzchni lądolodu potwierdziły wzrost bilansu masy powierzchniowej. Z kolei eksperymenty modelowe pozwoliły odtworzyć proces, który połączył anomalnie ciepłe tropiki z Antarktydą.

W sektorze Ziemi Królowej Marii i Ziemi Wilkesa dane ERA5 wskazały skumulowaną anomalię opadów wynoszącą około 351 miliardów ton. Modele opisujące bilans powierzchni lądolodu dawały bardzo podobny rezultat. Jednocześnie obserwowane przez satelity GRACE zwiększenie masy tego sektora wyniosło około 470 miliardów ton.

Zbieżność niezależnych metod była dla badaczy ważnym sygnałem, że za niezwykłym przyrostem rzeczywiście stały przede wszystkim opady.

Co więcej, analiza śniegu zgromadzonego w rdzeniu lodowym Law Dome potwierdziła nietypowy charakter tego okresu. Było to szczególnie istotne, ponieważ rdzenie lodowe pozwalają spojrzeć znacznie dalej w przeszłość niż istniejąca od dwóch dekad seria danych satelitarnych.

To zjawisko ma nazwę: telekoneksja

Klimatolodzy nazywają takie związki telekoneksjami atmosferycznymi. Chodzi o sytuację, w której zmiana w jednym miejscu globu uruchamia łańcuch procesów prowadzący do wyraźnych skutków tysiące kilometrów dalej.

Najbardziej znanym przykładem jest El Niño. Niewielkie w skali globalnej zmiany temperatury powierzchni tropikalnego Pacyfiku mogą wpływać na susze w Australii, opady w obu Amerykach, monsuny w Azji, temperaturę całej planety, a nawet przebieg zimy w regionach oddalonych o pół świata.

Nowe badanie pokazuje równie imponujące połączenie. Długotrwałe ogrzanie tropikalnego ciepłego basenu zmieniło cyrkulację atmosferyczną, wygenerowało odpowiedni układ fal Rossby’ego, doprowadziło do powstania anomalii wysokiego ciśnienia przy Antarktydzie, a ta ułatwiła transport wilgoci znad Oceanu Indyjskiego. Końcowym efektem był śnieg padający tysiące kilometrów dalej.

To niemal podręcznikowy przykład tego, dlaczego nie da się traktować poszczególnych części klimatu Ziemi jako osobnych układów. Ocean, tropiki, atmosfera, strefy umiarkowane i bieguny są elementami jednego systemu.

A co z La Niña?

Okres 2021–2023 był wyjątkowy również dlatego, że świat doświadczał wtedy rzadkiej, trwającej trzy lata La Niña. Wcześniejsze badania sugerowały, że właśnie potrójna La Niña mogła odpowiadać za część niezwykłych zmian obserwowanych na Antarktydzie. Wskazywano również na mniejszy zasięg lodu morskiego, zmianę torów sztormów i skupienie wielu atmosferycznych rzek w krótkim okresie.

Nowe badanie nie oznacza, że wcześniejsze wyjaśnienia były całkowicie błędne. Autorzy pokazują raczej mechanizm nadrzędny, który spina wiele obserwowanych elementów w jedną całość. Szczególnie istotna okazała się trwałość ogrzania tropikalnego ciepłego basenu oraz sposób, w jaki anomalia ta zmieniła układ atmosfery na półkuli południowej.

To ważne, ponieważ w klimatologii rzadko istnieje jedna prosta przyczyna zjawiska obejmującego miliony kilometrów kwadratowych. Częściej mamy do czynienia z kilkoma procesami działającymi jednocześnie i wzajemnie się wzmacniającymi.

Czy globalne ocieplenie nie ma więc nic wspólnego z tym, co się stało?

I tutaj dochodzimy do najbardziej interesującego, ale też najłatwiejszego do źle zinterpretowania fragmentu badania.

W cieplejszym świecie atmosfera może zawierać więcej pary wodnej. Modele klimatyczne od dawna przewidują więc, że wraz ze wzrostem temperatur ilość opadów nad Antarktydą może stopniowo rosnąć. Część torów niżów i atmosferycznych rzek może również przesuwać się bliżej bieguna. Z tego powodu sam fakt zwiększonych opadów nie byłby sprzeczny z globalnym ociepleniem – wręcz przeciwnie, jest jednym z przewidywanych jego efektów.

Autorzy pracy chcieli jednak sprawdzić coś znacznie bardziej konkretnego: czy spektakularny przyrost masy z lat 2021–2023 był już przejawem tego długotrwałego procesu?

Wyniki wskazują, że przede wszystkim nie.

W eksperymentach modelowych naukowcy oszacowali, że wymuszony długoterminowym ociepleniem wzrost opadów w sektorze Ziemi Królowej Marii i Ziemi Wilkesa odpowiadał w tym czasie za około 32,3 miliarda ton dodatkowych opadów. Tymczasem rzeczywista skumulowana anomalia wynikająca z danych ERA5 wyniosła około 351,2 miliarda ton.

To ogromna różnica. Długoterminowy trend tłumaczył więc w modelu około 9 procent obserwowanej anomalii opadów. Reszta była związana przede wszystkim z wyjątkowym układem naturalnej zmienności klimatu.

Nie oznacza to, że globalne ocieplenie „nie działa” albo że nie wpływa na Antarktydę. Oznacza coś zupełnie innego: tego jednego niezwykłego epizodu nie można przedstawiać jako prostego skutku globalnego ocieplenia ani tym bardziej jako dowodu, że ocieplenie się skończyło.

Trend i chwilowe odchylenie to dwie różne rzeczy

To trochę tak, jak z kursem akcji na giełdzie. Spółka może znajdować się w kilkuletnim trendzie spadkowym, ale w tym czasie zdarzają się miesiące, w których jej cena gwałtownie rośnie. Jeden bardzo mocny wzrost nie oznacza automatycznie, że cały wieloletni trend został odwrócony.

Z Antarktydą jest podobnie. W latach 2003–2024 długoterminowa utrata masy wynosiła około 140,5 miliarda ton rocznie. Na ten trend nakładają się jednak ogromne naturalne wahania pogody i klimatu. Przez kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy mogą one działać w kierunku przeciwnym do trendu długoterminowego.

Tak właśnie wydarzyło się w latach 2021–2023. Wyjątkowy układ atmosferyczny dostarczył Antarktydzie Wschodniej tak dużo śniegu, że przez pewien czas kontynent jako całość praktycznie przestał tracić masę.

Nie jest to sprzeczność. To po prostu dwie różne skale czasowe nakładające się na siebie.

Co najważniejsze: ten mechanizm występował już wcześniej

Gdyby wydarzenie z lat 2021–2023 było zupełnie bezprecedensowe w historii klimatu, można byłoby podejrzewać, że obserwujemy początek nowego, trwałego zjawiska. Autorzy badania sprawdzili jednak wcześniejsze dane oraz symulacje historyczne i doszli do bardzo interesującego wniosku.

Podobne wieloletnie epizody ogrzewania tropikalnego ciepłego basenu powtarzają się mniej więcej raz na dekadę. Ślady takich zmian można znaleźć zarówno w obserwacjach, jak i w symulacjach klimatu oraz danych paleoklimatycznych.

To mocno sugeruje, że ogromny przyrost masy Antarktydy nie był początkiem trwałej zmiany kierunku, lecz wyjątkowo silnym epizodem należącym do naturalnej zmienności systemu klimatycznego.

Warunki, które go stworzyły, mogą się utrzymywać przez kilka lat, a następnie zanikać. Kiedy zmienia się temperatura tropikalnego oceanu i układ fal atmosferycznych, znika również wyjątkowy transport wilgoci nad Antarktydę.

Antarktyda Zachodnia nie dostała żadnej „przerwy”

Jest jeszcze jeden powód, dla którego stwierdzenie, że „Antarktyda zaczęła się odbudowywać”, byłoby mylące. Podczas gdy Ziemia Królowej Marii i Ziemia Wilkesa otrzymywały rekordową ilość śniegu, inne części kontynentu nadal traciły masę.

Dotyczyło to zwłaszcza Antarktydy Zachodniej. Jej problemy wynikają w dużej części z procesów oceanicznych, a nie z ilości śniegu spadającego na powierzchnię. Ocieplone masy wody nadal mogą docierać pod szelfy lodowe, powodując ich topnienie i destabilizując lodowce.

To trochę tak, jakby na jednym końcu ogromnego zbiornika dolewać wodę bardzo szybko, podczas gdy na drugim końcu nadal trwa wyciek. Przez pewien czas dopływ może być większy niż odpływ i poziom wody wzrośnie. Nie oznacza to jednak, że nieszczelność została naprawiona.

Co ciekawe, nawet region wielkiego przyrostu nie jest bezpieczny

Ziemia Wilkesa, która odegrała tak dużą rolę w niezwykłym wzroście masy, sama zawiera lodowce będące przedmiotem poważnego zainteresowania klimatologów. Należą do nich między innymi Totten i Denman.

W dużej części spoczywają one na podłożu znajdującym się poniżej poziomu morza. Oznacza to, że w określonych warunkach cieplejsza woda oceaniczna może wpływać na ich stabilność w sposób podobny do procesów dobrze znanych z Antarktydy Zachodniej.

Paradoks jest więc niezwykły: region, który właśnie dołożył setki miliardów ton do masy kontynentu dzięki intensywnym opadom, jest jednocześnie obszarem, którego przyszła stabilność pozostaje ważnym przedmiotem badań.

Dlaczego kilkaset miliardów ton w jedną lub drugą stronę ma dla nas znaczenie?

Ponieważ Antarktyda jest największym magazynem lodu lądowego na Ziemi. Jej przyszłość należy do najważniejszych czynników decydujących o tym, jak bardzo wzrośnie poziom oceanów w kolejnych dziesięcioleciach i stuleciach.

Jednocześnie prognozowanie zachowania lądolodu jest niezwykle trudne. Trzeba jednocześnie uwzględnić temperaturę oceanu, cyrkulację głębokich wód, prędkość lodowców, stabilność szelfów lodowych, temperaturę atmosfery, wielkość opadów, atmosferyczne rzeki, przesuwanie torów sztormów oraz naturalną zmienność klimatu występującą w tropikach.

Nowa praca pokazuje, że nawet doskonały model samej Antarktydy nie wystarczy. Jeżeli źle odwzoruje to, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów dalej nad tropikalnym oceanem, może również nieprawidłowo przewidzieć ilość śniegu spadającą nad lądolodem.

Ciepły ocean w tropikach, śnieżyca na końcu świata

I właśnie to jest chyba najbardziej fascynującą częścią całego odkrycia. Przyrost 695 miliardów ton masy był końcowym efektem procesu rozpoczynającego się w miejscu, które z Antarktydą pozornie nie ma nic wspólnego.

Najpierw przez kilka lat utrzymywały się nietypowo ciepłe wody tropikalnego basenu oceanicznego. Ciepło zmieniło zachowanie atmosfery. W górnych jej warstwach powstał układ fal Rossby’ego rozchodzących się w kierunku bieguna. Nad Antarktydą Wschodnią zmienił się rozkład ciśnienia. Wiatr zaczął skuteczniej sprowadzać wilgoć znad Oceanu Indyjskiego. Wilgotne powietrze docierało nad kontynent, ochładzało się i oddawało wodę jako śnieg.

Śnieg padał miesiąc po miesiącu. Część została sprasowana przez kolejne warstwy. Masa lądolodu rosła. Setki kilometrów nad powierzchnią Ziemi satelity rejestrowały coraz wyraźniejszą zmianę lokalnej grawitacji.

Ostatecznie naukowcy zobaczyli na wykresie coś, czego w ponad dwudziestoletniej historii obserwacji jeszcze nie rejestrowano: około 695 miliardów ton dodatkowej masy w 22 miesiące.

Antarktyda pokazuje, dlaczego klimat nie mieści się w prostych hasłach

Nowe badanie jest świetnym przykładem tego, dlaczego pojedynczego wydarzenia klimatycznego nie powinno się interpretować w oderwaniu od dłuższego trendu. Zdanie „Antarktyda zyskała setki miliardów ton lodu” jest prawdziwe w sensie obserwowanego wzrostu masy. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy próbuje się z niego wyciągnąć wniosek, że wieloletnia utrata lodu się zakończyła.

Nie zakończyła się.

Z drugiej strony równie dużym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że niezwykły wzrost masy „nie ma znaczenia”. Ma ogromne znaczenie. To jedno z najsilniejszych obserwowanych zaburzeń bilansu antarktycznego lądolodu i cenna wskazówka pokazująca, jak potężny wpływ na biegun mogą mieć naturalne wahania klimatu w tropikach.

Autorzy badania pokazali ponadto, że długoterminowe ocieplenie również powinno zwiększać ilość wilgoci i opadów nad Antarktydą. W analizowanym epizodzie ten wymuszony trend był jednak wielokrotnie mniejszy od naturalnej anomalii, która wystąpiła w latach 2021–2023.

To właśnie jest najciekawszy obraz współczesnego klimatu: długoterminowy trend i naturalna zmienność nie istnieją osobno. Nakładają się na siebie, czasami wzmacniają, a czasami przez kilka lat ciągną system w przeciwnych kierunkach.

Co wydarzy się teraz?

Autorzy pracy są ostrożni. Skoro podobne ogrzanie tropikalnego basenu występowało w przeszłości mniej więcej raz na dekadę, istnieją mocne podstawy, aby uznać wielki przyrost masy za zjawisko przejściowe. Nie ma na razie dowodów, że Antarktyda weszła w trwałą fazę szybkiego gromadzenia masy.

Przyszłość jest jednak bardziej skomplikowana. Wraz z ocieplaniem się atmosfery może znajdować się w niej więcej pary wodnej. Atmosferyczne rzeki mogą transportować więcej wilgoci, zmieniać się mogą również tory sztormów i sposób, w jaki tropikalne oceany komunikują się z obszarami polarnymi.

Możliwe więc, że podobne naturalne epizody w przyszłości będą przebiegały na nieco innym tle klimatycznym niż obecnie. Zrozumienie tej interakcji jest niezwykle ważne, ponieważ każdy dodatkowy miliard ton śniegu pozostający na Antarktydzie to woda, która w tym czasie nie trafia do oceanu. Każdy dodatkowy miliard ton lodu lądowego utracony przez lodowce działa w odwrotnym kierunku.

Najważniejsze odkrycie nie dotyczy 695 miliardów ton

Liczba jest spektakularna i zapewne to ona będzie najczęściej pojawiała się w nagłówkach. Jednak najważniejszy wniosek z badania opublikowanego w Nature jest głębszy.

Los antarktycznego lądolodu nie zależy wyłącznie od temperatury panującej nad samym kontynentem. Może być kształtowany przez temperaturę oceanu znajdującego się tysiące kilometrów dalej, przez zmiany tropikalnej konwekcji, fale planetarne rozciągające się przez pół globu, układy ciśnienia nad Oceanem Południowym oraz wąskie rzeki pary wodnej płynące wysoko w atmosferze.

Woda ogrzana w tropikach może więc uruchomić ciąg zdarzeń, którego końcem jest śnieżyca na jednym z najzimniejszych miejsc Ziemi.

A kiedy takich śnieżyc pojawia się wystarczająco dużo, efekt można liczyć nie w centymetrach śniegu, ale w setkach miliardów ton masy całego kontynentu.

Antarktyda w latach 2021–2023 nie udowodniła więc, że problem utraty lodu zniknął. Pokazała coś znacznie bardziej fascynującego: jak potężna, zmienna i wzajemnie połączona jest maszyna klimatyczna naszej planety.

Źródło

Nature – Multiyear tropical warm pool warming drives slowdown in Antarctic mass loss